post title
  • Pani Renata, 62 lata

„Codziennie dziękuję Bogu za ten Dom - mój Dom”

  Urodziłam się w Poznaniu, w 1957 roku. Mam dwóch młodszych braci, lecz tylko z jednym utrzymuję kontakt - drugi jest niestety alkoholikiem. Moja matka była dyrektorem w jednym z oddziałów PZU, a ojciec pracował w ambulatorium. Moje dzieciństwo nie należało do udanych. Matka mnie biła i karała dosłownie za wszystko, bałam się wracać ze szkoły do domu. Po skończeniu szkoły zawodowej zostałam kaletnikiem i podjęłam prace w zawodzie. Mając 18 lat poznałam mojego przyszłego męża Mieczysława. Nie czekając długo przeprowadziłam się z nim do Michałowic koło Zielonej Góry. Przeprowadzka miała być dla mnie wybawieniem, jednak okazała się później koszmarem. Wzięłam szybko ślub, a po kilku miesiącach byłam już w ciąży. Przy porodzie moja malutka córeczka zmarła - długo po tym dochodziłam do siebie. Mój mąż zaczął pić i pił coraz więcej. Nie dopuszczałam do siebie myśli o rozwodzie. Los sprawił, że znów zaszłam w ciążę. Bardzo się cieszyłam, a zarazem się bałam komplikacji. Mąż wciąż nie przestawał pić więc spakowałam się i wróciłam do Poznania. Zamieszkałam ze swoją ciotką - siostrą mojej mamy. Złożyłam pozew o rozwód i szybko stałam się wolnym człowiekiem. W rodzinnym Poznaniu na świat przyszła moja córka Agnieszka. Myślałam, że w końcu moje życie się poukłada. Podczas specjalistycznego badania, lekarze u mojej córeczki stwierdzili głębokie upośledzenie. Świat mi się zawalił - nie rozumiałam dlaczego to wszystko spotyka właśnie mnie. Nie chciałam się jednak poddać. Ciotka bardzo mi pomagała, lecz finansowo nie dawałyśmy już rady. Leczenie Agnieszki było bardzo drogie. Zarówno ja, jak i ona wpędziłyśmy się w spiralę długów, które spłacam po dzień dzisiejszy. Gdy ciotka zmarła nie radziłam sobie już zupełnie - często chodziłam głodna i zaniedbana.
  Nie mogłam podjąć żadnej pracy, gdyż Agnieszka wymagała całodobowej opieki.
  Jedna z moich sąsiadek widząc moją tragiczną sytuację zgłosiła mnie do Ośrodka Pomocy Społecznej, który to skierował mnie właśnie tutaj. W Wieleniu odnalazłam ciszę i spokój oraz opiekę dla siebie i córki, a tego potrzebowałyśmy najbardziej. Codziennie dziękuję Bogu za ten Dom - mój Dom.

Maj 2019
post title
  • Pani Seweryna, 85 lat

„Jest mi lepiej”

  Urodziłam się 2.01.1934 r. Swoją rodzinę i dzieciństwo bardzo dobrze wspominam. Mieszkaliśmy wspólnie z dziadkami. Moja mama pracowała w Urzędzie Stanu Cywilnego w Zaniemyślu, a tata był kołodziejem. Miałam o 5 lat starszego brata - Arkadiusza.
  Po kilku latach przeprowadziliśmy się do Ostrowa Wielkopolskiego. Tam tata znalazł pracę w Fabryce Wagon, a mama zajmowała się domem. Po kilku latach mama zachorowała i w wieku 64 lat zmarła. Tata po ok. roku czasu od śmierci mamy po raz drugi ożenił się, ale tak właściwie to mama wybrała mu te drugą żonę - była to ich wspólna bardzo dobra koleżanka, z którą bardzo długo się znali. Miałam z nią bardzo dobry kontakt - wspierała nas tak, jak umiała najlepiej.
  W Ostrowie skończyłam szkołę zawodową jako piekarz, a miałam przecież zostać pielęgniarką (uśmiech). W szkole szło mi różnie - raz lepiej, raz gorzej, ale na wagary nie chodziłam. Oczywiście byłam namawiana przez kolegów i koleżanki, ale ja nigdy nie chciałam, a później wszyscy mnie wyzywali, bo cała klasa szła, a ja nie.
  Z pracą było wtedy trudno, ponieważ żadna z piekarni nie miała wolnych miejsc. Po kilku miesiącach podjęłam pracę w żłobku, ale też nie trwało to długo, bo żłobki zaczęto likwidować. Nieszczęśliwie złamałam nogę, przeszłam operację i ze względu na komplikacje, dość długo przebywałam na zwolnieniu. Po wyleczeniu podjęłam pracę w przedszkolu i tam poznałam mojego męża, który mieszkał w budynku przedszkola. Mój mąż pracował - tak jak mój tata - w Fabryce Wagon. Byliśmy zgodnym małżeństwem, każdego roku jeździliśmy w góry i nad morze. Dzieci nie mieliśmy - ja chciałam, ale mąż niekoniecznie. Mimo to chętnie wracam wspomnieniami do naszych wspólnych chwil.
  Po 20 latach zgodnego małżeństwa mąż zachorował na raka, przeszedł operację i wszystko było w porządku - jeździł na kontrolę, dobrze się czuł . . . Pewnego dnia, kiedy byłam na cmentarzu, a mąż w tym czasie pojechał na kontrolę do lekarza, stało się nieszczęście. Po moim powrocie do domu nie mogłam go znaleźć. Poszłam więc na strych i tam go znalazłam….niestety nie żył - powiesił się. To był dla mnie cios. Nie wiem co było przyczyną tego desperackiego czynu. Podejrzewam, że dowiedział się o nawrocie choroby i może to go dobiło. Ale dlaczego mi nie powiedział . . .
  W niedługim czasie zmarł mój tata, a 5 lat później moja druga mama. Zostałam sama. Kontakt miałam jedynie z moim bratem, który mieszkał w Konstancinie Jeziornej. Właściwie radziłam sobie , ale było ciężko. Życie toczyło się jednak dalej. Miałam dobrych sąsiadów, pomagali mi…. Później niestety doznałam udaru i straciłam wzrok - nie mogłam już być dłużej sama, bo przecież nie poradziłabym sobie. I tak 17 maja 2018 r. trafiłam tutaj . Ale nie żałuję - mam tutaj wszystko, czego mi potrzeba - cisza i spokój mi odpowiada. I mogę z całą pewnością powiedzieć, że jest mi lepiej niż w Ostrowie.

Styczeń 2019
post title
  • Pani Helena, 86 lat

„Nic więcej w życiu mi nie potrzeba”

  Urodziłam się 25 lipca 1932 r. w Jeziorkach. Po kilku latach, wraz z rodzicami przeprowadziliśmy się do Nowej Wsi koło Trzcianki. Tam chodziłam do szkoły podstawowej, pomagając jednocześnie rodzicom w gospodarstwie. Miałam młodszego brata, który w wieku 10 lat zginął przygnieciony belką w młynie.
  Swojego przyszłego męża poznałam dzięki ojcu - przyjechał do niego kupić konia i został już na stałe.
  Mając 19 lat wyszłam za mąż i przerwałam naukę w zawodzie krawca, którym był także mój mąż. Po ślubie zamieszkaliśmy w Trzciance. Rozpoczęłam pracę w fabryce produkującej guziki, później skończyłam kurs kucharza i od tej pory pracowałam w kuchni. Najpierw w gospodzie, potem w domu dziecka i w domu pomocy społecznej. Miałam dwóch synów: Ryszarda i Waleriana - obaj byli elektrykami.
  Mój stan zdrowia nagle się pogorszył i przeszłam poważną operację. Choroba była początkiem złych zdarzeń w naszym życiu. Najpierw zmarł mój mąż, potem synowie. Starszy - Ryszard pozostawił żonę i dwoje dzieci. Przeszłam wiele złego, ale doczekałam się wnuka i wnuczki, którzy są moją wielką radością i oni obdarzyli mnie cudownymi prawnukami.
  Przez ostatnie sześć lat mieszkałam z synową, jednak jej stan zdrowia nie pozwolił dłużej się mną opiekować.
  9 stycznia 2019 przyjechałam do Wielenia, gdzie opieka jest naprawdę wspaniała i już nic więcej w życiu mi nie potrzeba.

Kwiecień 2019
post title
  • Pani Teresa, 85 lat

„Każdego dnia dziękuję Bogu”

  Urodziłem się 15 maja 1933 roku w Modzele, mam 85 lat.
  Było nas sześcioro. Pięcioro braci i ja jedna. Trójka braci zmarła, z pozostałymi mam stały kontakt.
  Mam dwie córki i dwie wnuczki, które mieszkają w Berlinie, mamy stały kontakt.
  Ukończyłam szkole pielęgniarską, pracowałam w zawodzie, również uczyłam dzieci Religi w szkole.
  Pochodzę z zamożnej rodziny, rodzice prowadzili gospodarstwo rolne, mieli dużo ziemi.
  W Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu jestem od 3 marca 2017 roku. Jestem tutaj bo sama sobie nie dawałam rady, mdlałam, upadałam na ziemię. Choruję na schorzenia kręgosłupa, nadciśnienie i niewydolność tarczycy. Tutaj mam zapewnioną opiekę i czuję się szczęśliwa i bezpieczna. Mieszkam z dwoma innymi paniami, zaprzyjaźniłyśmy się. Korzystam z szerokiej oferty kulturalno – oświatowej Domu. Jestem osobą bardzo religijną, codziennie rano uczestniczę we Mszy Świętej. Czytam dużo książek religijnych.
  Każdego dnia dziękuję Bogu za nowy Dom i opiekę i mimo, że tęsknię za bliskimi to tutaj jestem szczęśliwa.

Październik 2018