post title
  • Marek, lat 63

„Jestem bardzo szczęśliwy, że znalazłem nowy dom ...”

  Mam 63 lata - urodziłem się w Gaju Wielkim koło Tarnowa. Rodzice już nie żyją, zmarł również jeden z dwóch braci.
 Ukończyłem szkołę podstawową, a następnie zawodową - zostałem malarzem. Zawód stał się nie tylko źródłem utrzymania, ale też sprawiał przyjemność. Lubiłem swoją pracę - malowałem domy, bloki i inne obiekty - także wnętrza.
  Miałem 26 lat, kiedy poznałem żonę. Owocem tej miłości jest córka. Nasze szczęśliwe małżeństwo trwało tylko 25 lat, bo żona zmarła w wieku 46 lat. Córka wyszła za mąż, ma dwójkę dzieci i zamieszkała osobno.
  Zostałem sam, zająłem się głównie malarstwem. Niestety zacząłem chorować – cukrzyca i inne choroby dawały o sobie znać. Byłem stałym bywalcem szpitali, a w domu nie radziłem już sobie sam. Córka postanowiła o moim zamieszkaniu w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu.
 Tutaj zaaklimatyzowałem się natychmiast, polubiłem współmieszkańców oraz personel oddziału. Moje stopy, które były wyniszczone przez cukrzycę w końcu wyglądają dobrze, mogę spokojnie spacerować po przepięknym parku, który podziwiam każdego dnia. Tutaj odpoczywam. Jestem bardzo szczęśliwy, że znalazłem nowy dom.

Sierpień 2017
post title
  • Krystyna, lat 90

„... na starość Bóg znalazł mi tę nową rodzinę ...”

  W tym roku skończę już 91 lat Do Domu prowadzonego przez Siostry przybyłam w marcu - 7 lat temu. Mieszkałam w Pniewach i zawsze dużo chorowałam - szczególnie na serce i oczy. Będąc już niepełnosprawną podjęłam pracę w Spółdzielni Inwalidów. Bardzo byłam z niej zadowolona i dobrze się tam czułam. Pracę wykonywałam sumiennie, dokładnie, często nawet brałam ją do domu i wykonywałam z mamą. Byłam tam doceniana i chwalona, często również wyjeżdżałam do sanatorium, gdzie mogłam odpocząć.
  Rodzina była dla mnie zawsze najważniejsza. Bardzo mocno przeżyliśmy śmierć mojego brata, który w miesiąc po wojnie zastrzelił się. Mama zajmowała się domem, a tata był tapicerem i lakiernikiem powozów. Był dobrym rzemieślnikiem więc zlecenia miał również dla hrabiostwa, a dla rolników wyrabiał siodła i całą uprząż dla konia. Tata walczył na wschodzie - w wojnie bolszewickiej i uczestniczył w powstaniu wielkopolskim.
  W końcu zostałyśmy z siostrą same. Z biegiem lat siły słabły i musiałam prosić o pomoc w opiece nad siostrą, ale i nad sobą. Zapadła decyzja, bym zamieszkała w Domu Pomocy Społecznej prowadzonym przez Siostry w Wieleniu.
  Jestem szczęśliwa, że na co dzień otaczają mnie mili ludzie. Dziękuję Bogu, że po tym, kiedy przez całe życie poświęcałam się rodzinie, teraz na starość Bóg znalazł mi tę nową rodzinę w Domu u Sióstr i zaopiekował się mną.

Styczeń 2017
post title
  • Małgosia, 46 lat

„Jestem szczęśliwa …”

Urodziłam się i wychowałam w Poznaniu, w rodzinie wielodzietnej. Mam sześcioro rodzeństwa. Ze względu na stan zdrowia uczęszczałam do szkoły specjalnej. Po jej ukończeniu zaczęłam częściej i mocniej chorować, jednak mimo to pomagałam mamie oraz rodzeństwu w drobnych pracach domowych. W okresie letnim jeździliśmy z całą rodziną odpoczywać nad jeziorem w Mierzynie. Sielanka nie trwała długo. Choroba zaczęła postępować i nie mogłam mieszkać dalej z rodziną, ponieważ potrzebowałam specjalistycznej opieki. Rok przebywałam w Gnieźnie, następnie jako jeszcze młoda osoba trafiłam do Wielenia.

Przyjechałam do Zespołu Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu mając 19 lat. Nie było łatwo, ale jak wiadomo początki wszędzie są trudne. Przetrwałam ten okres, zaczęłam poznawać Siostry, Personel, Mieszkańców, nawiązały się też różne przyjaźnie. Z czasem już wszystko stało się normą. Mam dobry kontakt z moją rodziną, odwiedzam mamę, rodzeństwo, telefonujemy do siebie, wysyłamy kartki. Pragnę, aby nasza więź trwała jak najdłużej. Jestem świadoma tego, że w domu nie miałabym takich warunków, jakie mam tu. Przede wszystkim mam specjalistyczną opiekę, liczne przyjaźnie, dobre słowo….. Jest mi tutaj bardzo dobrze, jednak za życiem rodzinnym ciągle tęsknię. Tu każdy dzień jest inny, pomagam paniom na oddziale, chodzę na zakupy, uczestniczę w terapii zajęciowej. Dokładam swoją cegiełkę do tworzenia prac terapeutycznych. Chętnie wyjeżdżam na wycieczki, chodzę na zabawy taneczne, biorę udział w imprezach, w których mogę wcielić się w różne role. I nawet dobrze mi to wychodzi …

Jestem szczęśliwa. Pokochałam Siostry, Mieszkańców i Personel oddziału, na którym mieszkam.

Lipiec 2015
post title
  • Czesław, 72 lata

„Jestem zadowolony i dobrze mi tu…”

Urodziłem się 07.09.1943 roku w Zakowoli. Miałem ośmioro rodzeństwa. Niewiele pamiętam z dzieciństwa, ale wiem, że mama Anna i tata Franciszek pomimo trudnych warunków, jakie panowały w czasie wojny, bardzo o nas dbali.

Do 25 roku życia mieszkałem wraz z rodzicami w Siedlisku. Swoją pierwszą pracę rozpocząłem jako mechanik w Pile, a później przekwalifikowałem się na kierowcę.

Rodzeństwo pozakładało swoje rodziny - mnie nigdy nie starczyło na to czasu. Często wyjeżdżałem w dalekie trasy - pracowałem po 20 godzin w ciągu doby. Z Piły przeniosłem się do Zielonej Góry, a po upływie roku zamieszkali ze mną rodzice.

W 1980 roku wyjechałem z Zielonej Góry i zamieszkałem w Trzciance. Rodzice jednak już ze mną nie wrócili. W Zielonej Górze najpierw zmarła mama, a później tato, pochowani jednak zostali w Siedlisku, w miejscu gdzie spędzili większość swojego życia.

Wszystko może ułożyło by się inaczej gdyby nie fakt, że doznałem wylewu. Mam sparaliżowaną prawą część ciała i poruszam się na wózku. Tak niby zwyczajnie: ja się przewróciłem, a moje życie wywróciło się do góry nogami.

W 2009 roku przyjechałem do Zespołu Domów Pomocy Społecznej prowadzonego przez Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Nie mam żalu do rodzeństwa za to, że mnie tu umieścili. Są oni u mnie częstymi gośćmi, przywożą upominki – mamy stały, serdeczny kontakt.

Luty 2015
post title
  • Romek, 58 lat

To jest po prostu mój nowy, prawdziwy dom

Urodziłem się 9.04.1956 roku w Poznaniu. Miałem troje rodzeństwa. Rodzice pracowali zawodowo - mama w sklepie, a tata w rzeźni. Mieszkaliśmy w centrum Poznania, w starej kamienicy na drugim piętrze.

Dzieciństwo wspominam z przykrością – było mi bardzo ciężko. Tato okropnie reagował na moje kalectwo. Dawał mi odczuć, że jestem gorszy i nic nie znaczę. Nigdy nie zabierał mnie do swoich znajomych. Kiedy wychodzili z mamą, mnie zostawiali samego w domu. Wstydził się mojego kalectwa bardzo – najchętniej gdzieś by mnie schował. Proszę sobie wyobrazić, że gdy w domu była jakaś uroczystość, to ojciec potrafił mnie wyzywać przy gościach i traktować jak psa. A co na to goście? Przyznawali mu rację.

Mama próbowała stawać w mojej obronie, ale ojciec uciszał to wszystko. To był człowiek bardzo surowy, despotyczny, skory do kłótni. Mama się go bała. Wiele razy byłem świadkiem ich awantur.

Ze względu ma moje kalectwo nigdy nie chodziłem do szkoły - to nauczyciele przychodzili do domu. Ale nie radziłem sobie. Teraz wiem, że w tamtym czasie nauczyciele chyba zwyczajnie nie wiedzieli co ze mną robić. Nie lubiłem ich zresztą. Dobrze wspominam tylko katechetkę, która uczyła mnie religii. Była bardzo sympatyczna i miała bardzo dużo cierpliwości dla mnie. Nigdy nie krzyczała i bardzo dużo się uśmiechała. To ona nauczyła mnie katechizmu.

Do Pierwszej Komunii Świętej przystąpiłem 14 maja 1967 roku w Parafii św. Marcina w Poznaniu, a Sakrament Bierzmowania przyjąłem w roku 1968.

Moja sytuacja zmieniła się dopiero po śmierci taty. Wtedy zaczęliśmy z mamą jeździć na różne turnusy rehabilitacyjne i na rekolekcje. Poznałem tam fantastycznych ludzi, z którymi do dnia dzisiejszego utrzymuję kontakt. Był to też okres, w którym bardzo zbliżyliśmy się z mamą. Poświęcała mi dużo uwagi, ale przede wszystkim w domu zapanował spokój.

Z duszpasterstwem w kościele św. Rocha prowadzonym przez księdza Mateusza Misiaka zwiedziłem Paryż i Rzym. Jeździłem z nimi na różne, fantastyczne turnusy. To był zupełnie inny świat. Tam czułem się komuś potrzebny, zauważony ...

Gdy stan zdrowia mojej mamy uległ znacznemu pogorszeniu postanowiliśmy znaleźć dla nas nowy dom. I znaleźliśmy go tutaj – u Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Wieleniu, gdzie jest mi bardzo dobrze i czuję tu się wspaniale. To jest po prostu mój nowy, prawdziwy dom.

Maj 2014
post title
  • Urszula, lat 55

„Odnalazłam spokój i swoje miejsce…”

W tym roku skończę 55 lat, czyli jestem jeszcze dość młoda.

Jak dzisiaj pamiętam mój pierwszy dzień w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Były to Mikołajki. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, co mnie tu czeka, ale jak mówi znane przysłowie - strach ma wielkie oczy.

Urodziłam się 08.07.1960 r. w Obornikach. Byłam drugim dzieckiem moich rodziców. Całe życie mieszkaliśmy we Wronkach. Mój tata Stefan pracował w fabryce maszyn i urządzeń jako inspektor BHP. Mama Maria była nauczycielką prac technicznych w szkole podstawowej.

Od samego początku Rodzice mieli ze mną problemy. Już w przedszkolu miałam dużo do powiedzenia. Uciekałam z zajęć, nikogo nie słuchałam. Rodzice chcąc mi zapewnić bezpieczeństwo, przestali mnie do niego posyłać.

W szkole podstawowej trochę się uspokoiłam i ten okres wspominam bardzo dobrze. Lubiłam swoją klasę i wychowawczynię, uczyłam się też względnie dobrze. Problem miałam jedynie z matematyką. Wtedy jednak zaczęłam chorować na padaczkę, która utrudniała mi codzienne frakcjonowanie. Choroba uniemożliwiła mi też kontynuację nauki po skończeniu szkoły podstawowej.

Chociaż choroba bardzo mi dokuczała, to właśnie ten czas mojego życia wspominam jako najlepsze lata. Może, dlatego, że miałam bardzo kochających rodziców i dziadków - Maksymiliana i Jadwigę, którzy mieszkali wraz nami.

Niestety - wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Odeszli dziadkowie, a potem zaczęli chorować rodzice. Po ich śmierci zaopiekował się mną brat, jednak opieka nade mną przerosła go. Zresztą nie pomagałam mu w tym. Stan mojego zdrowia, a także sposób mojego zachowania spowodował, że najlepszym rozwiązaniem było umieszczenie mnie w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu.

Mieszkam tu prawie 5 lat. Początki były bardzo trudne - nie mogłam się tu odnaleźć, ale myślę, że taka zmiana w życiu jest trudna dla każdego.

Z biegiem czasu wszystko się zmieniło - uspokoiłam się, zmieniłam nastawienie do otoczenia.

Odnalazłam spokój i swoje miejsce.

Kwiecień 2015
post title
  • Janina, 90 lat

„…Tu jest mi dobrze, gdzie mi będzie lepiej…”

Mam na imię Janina - w tym roku ukończyłam 90 lat. Kiedy sięgam pamięcią wstecz dziękuję Bogu za życie i za to, że teraz mam dom, w którym niczego mi nie brakuje.

Zacznę może od początku. Urodziłam się 27 lipca 1924 r. w Koźmińcu. Pochodzę z rodziny wielodzietnej - było nas sześcioro: 3 braci, 2 siostry i ja. Jeden brat zmarł za raz po urodzeniu, a cała nasza pozostała piątka przez całe życie trzymała się razem.

Pierwszy nasz dom był w miejscowości Zduny koło Krotoszyna, jednak kiedy miałam 2,5 roku, Ojciec ze względu na to, iż był policjantem został przeniesiony do Krotoszyna. Dom sprzedaliśmy i całą rodziną pojechaliśmy z Tatą. Nie zabawiliśmy tam jednak długo, bo w krótkim czasie nastąpiła kolejna przeprowadzka. Zamieszkaliśmy w Obrzycku i tam pozostaliśmy aż do czasu rozpoczęcia wojny w 1939 r. Do przedszkola i szkoły uczęszczałam w Krotoszynie, a swoją edukację ukończyłam definitywnie przed wybuchem II Wojny Światowej.

Wojna przerwała spokojne życie rodzinne i rozproszyła rodzeństwo. Każdego zaangażowali do przymusowej pracy i kontakt się urwał. Ja trafiłam do pracy na okopy w Czerniakowie. 2 lata mieszkaliśmy w barakach. To był ciężki czas - daleko od bliskich, wyczerpująca codzienna praca, trudne warunki życia. Kiedy nastąpił koniec wojny Niemcy wszystkich pozwalniali. Wróciłam do naszego domu w Obrzycku. Rodzeństwo odnalazło się na nowo. Zamieszkała z nami ciocia, która zajęła się później naszym wychowaniem, gdyż krótko po wojnie zmarli moi rodzice. Udało mi się znaleźć pracę w szpitalu na stanowisku salowej, a później w punkcie krwiodawstwa. Całe życie, póki siły i zdrowie pozwalało upłynęło na oddaniu się tej właśnie pracy. Od początku byłam jednak słabego zdrowia, często chorowałam, przechodziłam różne operacje. Z tego też względu nigdy nie wyszłam za mąż. Wspierałam również moją siostrę w wychowaniu jej dzieci. Codziennie po pracy jeździłam do niej, aby się nimi zajmować. W latach 70 zmarła ciocia, a mój stan zdrowia znacznie się pogorszył i musiałam przejść na rentę. Z czasem też rodzeństwo poumierało, a ja wymagałam coraz większej pomocy. Z tego właśnie względu podjęłam decyzję o zamieszkaniu we Wieleniu. Tu jest mi dobrze - gdzie mi będzie lepiej? Wszystko jest na miejscu: wspaniali ludzie, codzienna opieka i pomoc medyczna, kaplica – a to dla mnie bardzo ważne - blisko…. Po prostu mój dom - czegóż więcej potrzeba?

Listopad 2014
post title
  • Urszula, 90 lat

„Jestem szczęśliwa…”

W tym roku skończę 90 lat. Do Domu Sióstr Franciszkanek przybyłam trzy lata temu - w grudniu. Dotąd mieszkałam w Nosalewie, gdzie większość swojego czasu poświęcałam na przygotowania dzieci do I Komunii Świętej. Ogólnie głównym moim zajęciem były prace porządkowe w Kościele i na terenie go otaczającym, a także pielęgnacja przydrożnych kapliczek. Praktycznie całe swoje życie poświęciłam posłudze bliźniemu, dlatego też nigdy nie wyszłam za mąż.

Ale może zacznę od początku…

Urodziłam się 01.09.1925 roku w Dobrojewie. Miałam sześcioro rodzeństwa: jedną siostrę i pięciu braci - ja byłam najmłodsza. Tata mój był ogrodnikiem, a mama zajmowała się domem i opieką nad gromadką dzieci. Taty jednak nie znałam, gdyż zanim przyszłam na świat zginął rażony piorunem w czasie burzy. Nie ukończyłam żadnej szkoły, ponieważ wcześnie musiałam zacząć pracę zarobkową. W domu było biednie, lecz zawsze miałam otwarte serce dla każdego, kto prosił o pomoc i starałam się dzielić tym, co miałam.

Z biegiem lat siły słabły i pewnego zimowego dnia, kiedy porządkowałam kościół nieszczęśliwie się przewróciłam. Od tego momentu musiałam prosić o opiekę nad kapliczkami i kościołem, gdyż siły i zdrowie już nie pozwoliły mi już robić tego samej . Sąsiedzi pojawili się natychmiast z pomocą oferując swoją opiekę, lecz okazała się ona niewystarczająca. Wtedy zapadła decyzja o zamieszkaniu w Zespole Domów Pomocy Społecznej prowadzonym przez Siostry Franciszkanki Rodziny Maryi w Wieleniu.

Jestem tu szczęśliwa. Na co dzień otaczają mnie mili ludzie. Dziękuję Bogu, że za to, iż całe życie poświęcałam swój czas opiekując się Bożym Domem, On na starość dał mi dom i zaopiekował się mną stawiając na mojej drodze tak wielu życzliwych ludzi.

Styczeń 2015
post title
  • Piotr, lat 29

„Na początku było nam bardzo trudno ...”

  Urodziłem się w Wolsztynie - jestem jedynakiem. Mój ojciec zmarł, gdy byłem bardzo małym dzieckiem - nie pamiętam go. Mieszkałem z mamą w Nowej Wsi Zbąskiej. Mama pracowała - mną opiekowali się wtedy dziadkowie i rodzeństwo mamy.
  Miałem beztroskie dzieciństwo - kuzynów i kuzynki. Graliśmy razem w piłkę, łowiliśmy ryby w jeziorze, zbieraliśmy grzyby, zbieraliśmy kamienie na polu, ziemniaki… Szkołę podstawową i gimnazjum skończyłem w Nowej Wsi i Nądni, a szkołę zawodową w Ośrodku Szkolno - Wychowawczym w Sulechowie.
  W tym czasie bardzo dużo zajmowałem się sportem: grałem w piłkę nożną, hokeja, lubiłem bardzo szachy, badmintona. Bywałem na zawodach, zdobywałem medale, puchary, a największą moją przygodą był udział w olimpiadzie specjalnej w Szanghaju gdzie zdobyłem złoty medal w grze pojedynczej i srebrny w deblu badmintona. Dwa tygodnie w Chinach - niezapomniane!!!
  Miałem 21 lat kiedy po skończeniu szkoły wróciłem do domu i zamieszkałem z mamą. Utrzymywałem się z renty rodzinnej i dorabiałem u okolicznych rolników. Mama zajmowała się domem i królikami, mieliśmy koty i psa; zbieraliśmy grzyby, przygotowywaliśmy je na zimę. Lubiliśmy z mamą jeździć rowerami, odwiedzaliśmy naszą dużą rodzinę w Babimoście, Zbąszynku, Wolsztynie itp.
  Stopniowo nasze warunki życiowe się pogarszały, nasz dom coraz bardziej nie nadawał się do zamieszkiwania. Była wilgoć, dziurawy dach, spaliła się instalacja elektryczna, popękały rury. My uważaliśmy, że sobie radzimy, ale ciocie i opieka społeczna postanowiły o naszej przeprowadzce do DPS.
  Po paru miesiącach przyjechaliśmy z mamą do Wielenia. Na początku było nam bardzo trudno się przyzwyczaić, ale jesteśmy tu już od półtora roku i czas mija nam bardzo szybko. Spędzamy dużo czasu z mamą, bierzemy udział we wszystkich organizowanych zajęciach: ergoterapii, zajęciach ruchowych, przedstawieniach, często z własnej woli chodzimy do kościoła.
  Pomagam też na moim oddziale - zbieram naczynia, przewożę Mieszkańców na wózkach. Jestem silny i to się często przydaje. W wolnym czasie lubię oglądać TV, spacerować po pięknym, dużym parku, grać w gry na laptopie i warcaby.
  Moim problemem jest duża nadwaga, ale przez czas pobytu tutaj udało mi się zrzucić około 70 kg!! Bardzo mnie to cieszy.

Czerwiec 2017
post title
  • Marianna, lat 78

„Dziękuję Bogu za nowy Dom ...”

  Urodziłam się w Poznaniu, w 1939 roku - jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Moja rodzina wojnę przeżyła, jednak później wydarzyła się tragedia. Gdy miałam 6 lat na moich oczach zmordowano moją mamę, a ojca postrzelono. Ja i jedyna siostra przeżyłyśmy.
  Dorastałyśmy wychowywane przez macochę - nową żonę mojego ojca. Szybko weszłam w dorosłość, wyszłam za mąż, urodziłam syna ... Wydawało się, że wszystko się ułożyło.
  Kolejnym doświadczeniem było jednak urodzenie drugiego syna z Zespołem Downa. Bóg dał nam dwoje wspaniałych dzieci, których kochaliśmy z mężem nad życie. Mój świat podporządkowany jednak został wychowaniu syna niepełnosprawnego.
  Z Bożą pomocą mijały dni. kiedy jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość o śmiertelnej chorobie starszego syna. Modliliśmy się do Matki Bożej o jak najmniej cierpienia dla niego. Zmarł w wieku 24 lat na raka krwi - białaczkę.
  Bóg mnie doświadczył, ale wiem, że miało to swój cel. Moja wiara umocniła się. 10 lat po śmierci syna, Bóg powołał do siebie mojego męża. Zostałam sama z młodszym synem.
  Dopóki zdrowie pozwalało, dopóty prowadziłam wraz z synem gospodarstwo domowe. Z uwagi jednak na podeszły wiek i pogarszający się stan zdrowia, zdecydowałam się na przyjazd do Sióstr Franciszkanek, do Wielenia. Wybrałam ten Dom, gdyż tylko tutaj możemy być razem z synem.
  Niedługo minie rok odkąd tu zamieszkaliśmy. Zdążyłam nawiązać przyjaźń ze współlokatorką i innymi Mieszkankami.
  Dziękuję Bogu za nowy Dom i za opiekę Sióstr, jaką tu znalazłam.

Marzec 2017
post title
  • Michalina, lat 82

„Wiele przeszłam, wiele widziałam i wiele wycierpiałam …”

  Urodziłam się w 1934 r. przed wybuchem II wojny światowej na terenie Francji. Moi rodzice pochodzili z Polski. Mając 39 lat wyemigrowali do Północnej Francji z powodu wielkiego bezrobocia, jakie wówczas panowało.
  10 kwietnia 1940 roku władze francuskie ogłosiły rozpoczęcie II wojny światowej. Kto może niech ucieka – tylko dokąd? Przed siebie. Piesi jedną trasą, a ci, którzy posiadali pojazdy konne – drugą trasą. No i tak rozpoczęliśmy wędrowną ewakuację z Północnej Francji na Południe, pod granice Hiszpanii. Nasza tułaczka trwała 2 miesiące (około 1200 km) i nie było wiadomo, dokąd.
  Pewnego pogodnego ranka 1940 roku z nieba zaczął padać deszcz – deszcz pełen bomb – zaczęło się ostrzeliwanie przez niemieckie meserszmity. To był horror. Na drodze leżało pełno trupów ludzi, zwierząt, a iść trzeba było dalej i dalej… W niektórych wsiach mieliśmy noclegi – spaliśmy w stodołach na sianie, a z rana rozpoczynały się dalsze wędrówki. Byliśmy już osłabieni, zmęczeni, wielu ludzi wykończyła choroba.
  Wreszcie nadszedł kres tułaczki. Dotarliśmy pod hiszpańską granicę i tu władze francuskie rozlokowały nas całymi rodzinami w mieszkaniach – ale tylko na jakiś czas. Ten czas trwał pół roku.
  W 1941 roku w lipcu ogłoszono rozkaz zbiórki na dworcu kolejowym, kazali wsiadać do wagonów – jechaliśmy nie wiadomo, dokąd. Po dwóch dniach dotarliśmy na miejsce. Zakwaterowano nas w obozach niemieckich – w jednym 6 miesięcy i w drugim 6 miesięcy – trwało to aż do czerwca 1942 r. Po jakimś czasie nastąpiło wyzwolenie z tych nieszczęsnych obozów i powrót do poprzedniego miejsca zamieszkania czyli Północnej Francji.
  W wieku 13 lat wraz z rodzicami powróciłam do Polski. Osiedliliśmy się w miejscowości Kuźnica Czarnkowska. Tam skończyłam szkołę podstawową i średnią. Od stycznia 1952 roku podjęłam pracę w administracji terenowej. Niestety nie było mi pisane być żoną i matką. W całości oddałam się pracy oraz opiece nad moją kochaną mamą do ostatnich chwil jej życia.
  Czas biegnie nieubłagalnie szybko, ani się człowiek nie obejrzy, aż samego go dopada starość. Dziś jestem Mieszkanką Zespołu Domów Pomocy Społecznej. Wiele przeszłam, wiele widziałam i wiele wycierpiałam …
  Cieszę się, że mam ciepły kąt i dach nad głową oraz życzliwych ludzi wokół siebie.
  Dziękuję …

Listopad 2016
post title
  • Kazimiera, lat 72

„Wiara dodaje mi sił …”

  Urodziłam się 03.01.1943 r. w Dorgusze. Mam trójkę rodzeństwa - młodszych od siebie braci: Jana, Józefa i Włodka, z którymi mam stały kontakt. Rodzice oraz 2 siostry niestety nie żyją. Siostra Halina zginęła w wypadku, jako młoda osoba - miała zaledwie 27 lat. Był to straszny cios dla całej naszej rodziny, nie mogliśmy się pogodzić z tą sytuacją. Natomiast druga siostra tak, jak mama zmarła na chorobę płuc.
  Skończyłam Zawodową Szkołę Rolniczą i w międzyczasie ukończyłam kurs gotowania oraz szycia. Pracowałam w Spółdzielni dla Inwalidów w Złotowie. Mieliśmy gospodarstwo rolne w Staroświętej, w którym pracowałam wraz z ojcem. Gdy mama zachorowała, a reszta rodzeństwa wyprowadziła się z domu wszystko spadło na mnie i mojego tatę. Po śmierci mamy sprzedaliśmy gospodarstwo i kupiliśmy mieszkanie w Złotowie. Ojciec miał wypadek, po którym długo się nim sama opiekowałam. Rodzeństwo mieszkało oddzielnie i założyło swoje rodziny. Nigdy nie wyszłam za mąż, dlatego poświęciłam się dla rodziców. Zawsze jednak mogłam liczyć na pomoc oraz wsparcie ze strony najbliższych. Pomagali również w opiece nad ojcem.
  W latach 90 tych zachorowałam na zapalenie płuc i do dzisiaj mam ogromne problemy z nimi. Jest to w mojej rodzinie choroba genetyczna. Po śmierci ojca mieszkałam sama do dnia, w którym dostałam udar. Sąsiedzi zareagowali i wezwali pomoc. Trafiłam do szpitala, później do hospicjum św. Elżbiety w Złotowie, w którym przebywałam pół roku.
  25 września 2014 trafiłam do Zespołu Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Odwiedza mnie tutaj moja najbliższa rodzina, telefonujemy do siebie, zawsze mogę liczyć na ich wsparcie. Od tego czasu stałam się bardziej aktywna. Codziennie uczęszczam na rehabilitację, spaceruję po pięknym parku, dużo się modlę.
  Jestem członkiem Rady Samorządu Mieszkańców. Jak na swój wiek i chorobę czuję się fizycznie dobrze. Podczas pobytu tutaj byłam kilkakrotnie w szpitalach, u różnych specjalistów, usłyszałam diagnozę, nie taką, jakiej chciałabym. Jednak nie pozostało mi nic innego, tylko wziąć się w garść i walczyć do końca - nie wiadomo jak długo jest mi to pisane. Nie poddaję się, bo wiem, że gdyby tak się stało, nie byłoby mnie tu. Nie zawsze jest kolorowo, ale dzięki pomocy ze strony personelu wszystko jest bardziej proste i mniej skomplikowane. Wiem, że sama nie dałabym sobie rady, dlatego jestem szczęśliwa, że trafiłam właśnie tutaj. Mam tu całodobową opiekę i wsparcie duchowe, które jest dla mnie bardzo ważne ze strony Sióstr. Zawsze byłam osobą głęboko wierzącą. Wiara dodaje mi sił.

Październik 2016
post title
  • Wiesław, 50 lat

„szczęście, którego nie da się ukryć …”

Urodziłem się 50 lat temu w Trzciance. Rodzice już nie żyją. Mam rodzeństwo - brata i dwie siostry - jeden z braci zmarł, kiedy miał kilka lat.
Od początku mieszkałem i wychowywałem się na wsi. Nie było nam łatwo - tylko ojciec pracował zarabiając na rodzinę, a my już jako dzieci pomagaliśmy w sezonie w gospodarstwie rolnym sąsiada, aby choć trochę odciążyć finansowo rodziców.
Ukończyłem szkołę specjalną w zawodzie kucharz, a po niej podjąłem pracę w piekarni jako pomoc piekarza. Praca nie była lekka, lecz żeby utrzymać dom musiałem dorabiać, ponieważ ciężko było wyżyć z renty mojej i rodzeństwa. Pomimo różnych przeciwności przepracowałem około 20 lat, z czego jestem bardzo dumny.
Po śmierci rodziców mieszkałem z bratem i jedną z sióstr. Z czasem zostałem w domu tylko z bratem - bywało ciężko, ale trzeba było sobie radzić. Kiedy dowiedziałem się o mojej ciężkiej chorobie załamałem się. Najstarsza siostra, jak tylko mogła pomagała mi, wspierała psychicznie i finansowo. W końcu oboje z mężem podjęli decyzję - za co jestem im bardzo wdzięczny – iż ze względu na pogarszający się stan mojego zdrowia, powinienem zamieszkać w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu.
Odkąd tutaj jestem w moim życiu zaszły dwie zasadnicze zmiany: wraz z rodzeństwem jesteśmy spokojniejsi i mam tu przede wszystkim fachową opiekę lekarską oraz pielęgnacyjną, co jest niezmiernie ważne w przypadku mojego schorzenia.
Tutaj odpoczywam, wiem, że żyję... Rodzina często mnie odwiedza i cieszą się z ogarniającego mnie szczęścia, którego nie da się ukryć - jest wymalowane na mojej twarzy.

Lipiec 2016
post title
  • Roksana, 21 lat

„Tu jest mi zwyczajnie dobrze …”

Urodziłam się 11.08.1995 roku w Wałczu. Moja droga od początku nie była usłana różami. Biologiczna matka nigdy się mną nie interesowała. Ojca też nie znam. Ze szpitala trafiłam do Domu Dziecka w Krzyżu. Tam nawiązały się przyjaźnie i do tej pory jesteśmy „rodzeństwem”. Gdy miałam sześć lat zostałam adoptowana. Razem ze mną adoptowani zostali Zyta i Bartek. Cieszyłam się, że moje „rodzeństwo” zostanie razem ze mną. Zamieszkaliśmy w Sobolewie.

Dzieciństwo mijało w miarę spokojnie. Bawiłam się, pomagałam w domu, chodziłam do szkoły. Tak było do osiemnastego roku życia. Gdy osiągnęłam pełnoletność rodzice zastępczy nie byli już w stanie zapewnić mi dalszej opieki, ponieważ zajmowali się jeszcze dwójką niepełnosprawnych dzieci.

1 października 2013 trafiłam do Zespołu Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu. Początkowo było mi trudno. Po raz kolejny zostałam sama w nowym miejscu - bałam się. Prześladowały mnie nawracające myśli o odrzuceniu.
Na szczęście „strach ma wielkie oczy”. Już po kilku dniach, okazało się że nie mam powodu do niepokoju. Zamieszkałam z dwoma koleżankami, które ciepło mnie przyjęły w swoim gronie. Wspierali mnie też rodzice zastępczy. „Rodzeństwo” również mnie nie opuściło. Jestem tu już trzy lata, ale na każde święta i wakacje jeżdżę do rodziny i ciągle mam ze wszystkimi kontakt. A tu? Tu jest mi zwyczajnie dobrze, jestem spokojna. I chcę tu zostać. . . . .

Maj 2016
post title
  • Zofia, 92 lata

„Podjęłam dobrą decyzję …”

Dawno już myślałam o zamieszkaniu w Zespole Domów Pomocy Społecznej w Wieleniu, jednak ze względu na rodzinę ciągle tę decyzję odkładałam. Bałam się, że pomyślą, iż troska i opieka, którą mnie objęli jest niewystarczająca, lub nie jestem z niej zadowolona. Było wręcz przeciwnie - całe życie mogłam liczyć na najbliższych - bardzo ich kochałam i kocham.
Urodziłam się 11 lutego 1924 roku, jako córka Franciszka i Marii w Solcu Kujawskim. Byłam drugim dzieckiem moich rodziców. Miałam trzy siostry – Barbarę, Urszulę i Lucynę. Najmłodszy był Tadeusz, a ja najbardziej związana byłam z Urszulą.
Z powodu stanu zdrowia Lucynki musieliśmy przenieść się do Poznania - siostra miała duże problemy z nauką - była lekko upośledzona. Po śmierci rodziców to ja przejęłam opiekę nad siostrą i nie powiem - bywało bardzo ciężko.
Uczennicą byłam bardzo dobrą. Często otrzymywałam nagrody i wyróżnienia. Kiedyś nawet za dobre wyniki wyjechałam do Zakopanego. Chciałam kontynuować naukę w seminarium (dzisiejsza szkoła dla przedszkolanek), ale moje plany pokrzyżował wybuch wojny.
W czasie wojny mama pracowała w kantynie wojskowej, a ja opiekowałam się chorą siostrą. Tata niestety został wysłany do Brzeźna, skąd już nie wrócił.
W wieku 25 lat wyszłam za mąż za Franciszka. Pochodził on z Plewisk, gdzie jego rodzina miała duży majątek. Byliśmy zgodnym małżeństwem. Urodziłam trzy córki i syna. Gdy dzieci troszkę podrosły zaczęłam pracować w drukarni. Była to ciężka praca, ale dawała mi satysfakcję. Mąż był kierowcą trolejbusa. Z biegiem czasu zaczął coraz częściej zaglądać do kieliszka, co spowodowało u niego pogorszenie stanu zdrowia i problemy w pracy. Coraz częściej chorował aż w końcu zmarł na zawał.
Zostałam sama z dziećmi. Odtąd wszystko było na mojej głowie. Imałam się różnych prac. Poradziłam sobie jednak - w życiu zawsze można znaleźć jakieś rozwiązanie. Zawsze też mogłam liczyć na swoje dzieci - były dla mnie ogromną pociechą i podporą. Niestety czas leci nieubłagalnie, robimy się coraz bardziej zniedołężniali, schorowani ...
Jestem w Wieleniu dopiero parę miesięcy, ale już wiem, że podjęłam dobrą decyzję. Dobrze się tu czuję, a moja rodzina bardzo często mnie odwiedza.

Marzec 2016
post title
  • Irena, 63 lata

„Tutaj nigdy nie jesteśmy same …”

Urodziłam się w Wieleniu, jako trzecie dziecko moich rodziców. Było nas pięcioro – siostra i troje braci, z których żyje już tylko jeden. Wspólnie z rodziną mieszkaliśmy w Kuźniczce. Mieliśmy niewielką gospodarkę, w której w wolnych chwilach pomagaliśmy rodzicom. Do Szkoły Podstawowej chodziłam w Kocieniu Wielkim a później - już w trakcie pracy, do liceum zaocznego w Trzciance.

Swoją pierwszą pracę rozpoczęłam w hurtowni odzieżowej i tam poznałam męża Mariana. W wieku 27 lat wyszłam za mąż. Urodziłam troje dzieci – córkę Magdalenę i dwóch synów – Tomasza i Mirosława. Syn Tomasz urodził się z porażeniem mózgowym - wychowywałam go przez pięć lat, a później zamieszkał w domu Dziecka w Wieleniu. Obecnie przebywa w Domu Pomocy Społecznej Rzadkowie.

Po ośmiu latach rozpadło się moje małżeństwo i dalej wychowywałam dzieci sama. Mieszkałam z rodzicami i na Ich pomoc zawsze mogłam liczyć. Mąż nie interesował się dziećmi, sporadycznie je odwiedzał. Kiedy zachorował zamieszkał w Domu Pomocy Społecznej w Wieleniu.

Z biegiem lat, z powodu mojej choroby i niepełnosprawności córki nie mogłyśmy dalej samodzielnie mieszkać i dlatego z pomocą mojego syna Mirosława zdecydowaliśmy się zamieszkać w tutejszym Zespole Domów Pomocy Społecznej. Przebywam tu od stycznia 2009 roku. Mieszkamy z córką w pokoju dwuosobowym i cieszymy się, że jest takie miejsce, gdzie czujemy się tak jak w rodzinnym domu. Jesteśmy tu w grupie osób, na których pomoc zawsze możemy liczyć, mamy zapewnioną profesjonalną opiekę i pomoc medyczną.

Każdy chciałby pewnie mieszkać wśród swoich najbliższych, ale niestety nie zawsze jest to możliwe. Mam to szczęście, że mój syn i synowa zabierają nas często do swojego domu, spędzamy również wspólnie święta.

Przede wszystkim nigdy nie jesteśmy same, bo samotność to najgorsza rzecz, jaka mogłaby nas spotkać. Panuje tu rodzinna atmosfera, spożywamy wspólnie posiłki, dużo rozmawiamy. Z córką Magdaleną codziennie wychodzimy do parku, odpoczywamy na łonie przyrody i cieszymy oczy jej pięknem.

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Mam tu zapewnione poczucie bezpieczeństwa, regularne kontakty z rodziną i pozostało mi tylko cieszyć się zdrowiem moim, moich bliskich i osób, które mnie otaczają.

Listopad 2015